Lubimy robić z siebie bohaterów i lubimy jak wszyscy wiedzą jacy jesteśmy niesamowici. Wyszliśmy na długi trening, a przecież tak mocno padało. I byliśmy tak strasznie niewyspani. I pobiegliśmy z kontuzją. I tyle kilometrów w tym tygodniu zrobiliśmy, że nam chyba nogi w dupę wejdą, ale dajemy radę, ciśniemy i nie wymiękamy, choć jest strasznie ciężko. I motywacja coraz słabsza.



Sport stał się już tak powszechny, że coraz częściej ludzie zaczynają traktować trening jako obowiązek, i to nierzadko przykry. I wzajemnie się wyprzedzać w kategorii “ile przeciwności losu pokonałem, aby trening został odbyty”. Oczywiście, leń jest rzeczą ludzką, podobnie jak niechęć do moknięcia, marznięcia, trenowania w środku nocy albo przed świtem. Ale, Boże, każdemu łącznie ze sobą życzę, żebyśmy mieli zawsze tylko takie problemy. Bo to są cudowne, piękne, najlepsze problemy świata.
Maciek wkleił ostatnio na fejsbuk cytat z “Technik medytacji” OSHO, zamieniając słowo “medytacja” na “trening”. I wyszło z tego coś pięknego:
Umysł jest bardzo poważny, a trening jest absolutnie niepoważny. Gdy to mówię, możesz być zdezorientowany, bo ludzie ciągle mówią z wielką powagą o treningu. Trening to nic poważnego, przypomina niepoważną zabawę. Szczerą ale niepoważną. Nie jest czymś takim jak praca, bardziej przypomina zabawę. Zabawa nie jest aktywnością. Nawet gdy jest aktywna, nie jest aktywnością. Zabawa to sama przyjemność. Taka aktywność donikąd nie nie zmierza; nie ma żadnej motywacji. Jest to raczej sama czysta, płynąca energia.
Jakby to powiedzieć w żołnierskich słowach: to kawał dobrej, nikomu niepotrzebnej roboty. I chyba dla nikogo zakochanego w sporcie nie zabrzmi to jak deprecjonowanie sportu, bo nie znam nic piękniejszego od niego.

Osobiście ze trzy razy w życiu miałam taki okres, kiedy uświadamiałam sobie, jak bardzo już nie chcę nic, jak bardzo nie mam na nic wpływu, jak bardzo jest mi wszystko jedno i czy nie dałoby się jakoś niepostrzeżenie zdeinstalować się z powierzchni ziemi. Ze trzy razy to mijało, ale wystarczy mi jeden impuls, a zaczynam się śmiertelnie bać. Taka wieczna kotwica na ramieniu, która nie wiadomo kiedy się znowu przycumuje do ziemi i nie pozwoli mi zrobić kroku naprzód. I jak Boga kocham, wtedy możliwość pomartwienia się chociaż przez króką chwilę o to, że mam do zrobienia trening, który będzie bolał jak jasna cholera, albo że jest za zimno, za ciepło, za mokro (…) była cudownym zajęciem dla głowy i wiele bym dała, żeby tylko tym się w pełni poprzejmować. Królestwo za możliwość pomartwienia się jakąś pierdołą.

Nie wiem, czy przemówi do Ciebie myśl „chwytaj dzień póki możesz” albo „doceń to co masz, bo jutro możesz to stracić”. Do mnie akurat nie przemawia; ja akurat boję się nawet ucieszyć, bo myśl o możliwości utraty tego jest zbyt dojmująca. Ale gwarantuję Ci, że jeśli dostaniesz wpierdol od życia, taki którego nawet się nie spodziewasz, to wszystko się zmieni na zawsze. I nie życzę Ci tego, więc lepiej zmień myślenie po dobroci.

Zanim następnym razem poczujesz potrzebę, aby ogłosić wszystkim, jakim jesteś herosem, że tyle kilometrów przebiegłeś na bieżni mechanicznej w śmiertelnej monotonii, pomyśl o tym, jakim jesteś szczęściarzem, że możesz się przez chwilę zwyczajnie ponudzić. Zanim zaczniesz narzekać, że jest ciemno i zimno, pomyśl o tych, którzy nie mają nawet okazji tego zauważyć, bo dzień w dzień, noc w noc, miesiąc w miesiąc czuwają przy swoim ciężko chorym dziecku albo wypruwają sobie żyły, pracując na podłym stanowisku za podłą stawkę, bo to jedyna szansa na wyżywienie ich rodziny. Prawdziwi bohaterowie siedzą cicho. A my w tym czasie wypisujemy na fejsbukach, że na treningu tak strasznie zmokliśmy i że po co nam to. To też jest rzeczą ludzką i nie ma w tym żadnego powodu do wstydu. Ale może warto się czasem zastanowić, czy nasze problemy nie należą przypadkiem do kategorii tych Najlepszych Problemów Świata, których wielu, wielu nam zazdrości…

1 Comment »

Dodaj komentarz