Przychodzi w życiu zawodnika taki dzień, gdy jest tak skoncentrowany na zadaniu, że dzieli czas na „przed wyścigiem” i „w trakcie wyścigu”. Uświadamiasz sobie, że gdy ktoś powie ci coś o jutrze, to myślisz tylko: Jutro?
Jakie jutro?

Startem w Suszu nie da się nie przejmować. Susz to stolica polskiego triathlonu – jeśli miasto samo się tak reklamuje na tablicy powitalnej przy głównej drodze wjazdowej to znaczy, że tu jako sportowiec poczujesz się dobrze. Mistrzostwa Polski w sprincie są rozgrywane na doskonałej trasie. Krótkie, techniczne pętle dają duże pole do manewru, a kibice niemal bez przerwy zagrzewają do boju. Na trasie ciągle coś się dzieje – niespodziewane zwroty akcji, duble, ucieczki, wywrotki (ekhm). Co tu dużo mówić – mistrzostwa Polski to specjalna impreza.



W sobotę od rana było po prostu dobrze, wszystko szło tak jak iść powinno, jakbym punkt po punkcie odhaczała checklistę rzeczy, które powinny się udać. Do tego pływanie miało odbywać się bez pianek, tak jak lubię, więc odpadł mi stres związany z ubieraniem się w piankę (na co zawsze w jakiś magiczny sposób zostaje za mało czasu), bieganiem w piance do T1 (czy może być coś gorszego?) i utknięcia na zawsze w T1, gdy pianka i chip na kostce postanawiają związać się na zawsze węzłem małżeńskim (za każdym razem trafiają mi się takie kochliwe chipy).

Podczas pływania czułam się zaskakująco dobrze. Tak dobrze, że nawet nie zauważyłam, kiedy grupa odpływa w siną dal. Tak czy inaczej nie traciłam fasonu, popłynęłam swoje, ogarnęłam się w miarę sprawnie w strefie i ruszyłam na rower. Plan na tę część rywalizacji był dość oczywisty: gonić, urywać, rozrywać, wyprzedzać, iść w pałę od belki do belki. Znałam trasę naprawdę dobrze, byłam w stanie odtworzyć ją całą w pamięci i wiedziałam, gdzie powinnam zwolnić, a gdzie docisnąć.

Na samym początku drugiej pętli doszłam grupę dziewczyn. Przez kawałek starały się mnie trzymać, ale ja postarałam się równie mocno, żeby jechać dalej sama i w końcu mi się to udało. Zobaczyłam, że kolejna grupa jest w zasięgu kilkudziesięciu sekund mocnej pracy. Byłam już w stanie bliskim wyplucia płuc, ale jednocześnie byłam absolutnie zmotywowana do tego, żeby gonić wściekle tak długo, dopóki starczy mi sił.

Nie za daleko udało mi się ujechać. Spojrzałam jeszcze przez ramię, czy zgubiłam grupę, po czym weszłam w 90-stopniowy zakręt z prędkością ponad 36 km/h. To pewnie mogło się dobrze skończyć, gdybym miała trochę więcej umiejętności, ale przecież wiadomo, że triathloniści nie umieją jeździć na rowerze… Zdążyłam pomyśleć tylko, że chyba trochę za agresywnie weszłam w ten zakręt, a potem zobaczyłam, jak rower przelatuje nad moją głową.

Kilkanaście kolejnych sekund trochę się wydłużyło. Pamiętam, że próbowałam jeszcze łapać ten rower w locie, żeby jak najszybciej się pozbierać i jechać dalej. Stwierdziłam szybko, że nie za dużo stracę i jeszcze spokojnie to odrobię – uciekłam raz, to ucieknę i drugi. Następnie podniosłam rower i z przerażeniem stwierdziłam, że odpadło mi siodło, co nieco utrudni mi dalszą jazdę. Zaraz później dobiegła do mnie wolontariuszka (przemiła pani przejęła się całą sytuacją sto razy bardziej niż ja – dziękuję :-)) i krzyczała, że mam usiąść i że woła karetkę. Ooo, wtedy to już się zdenerwowałam i stwierdziłam, że muszę się zbierać i gonić naprawdę żwawo, bo widzę, że tu niepotrzebnie przerażam ludzi. Niestety sekundę później okazało się, że rower już dalej nie pojedzie, bo koło kręci się w kilka kierunków naraz, a na domiar złego w moim kolanie jest jakaś dziwna dziura i trochę broczę krwią. Nie wiem, czy był w tym momencie na świecie bardziej zły i rozżalony człowiek niż ja. Tak strasznie chciałam jechać dalej i ukończyć ten wyścig… Stałam z boku trasy i wyłam ze złości, a jak uświadomiłam sobie rozmiar strat sprzętowych, to jeszcze z tego, że nawet nie jestem w stanie zsumować kwoty, którą zostawiłam na tym zakręcie.

No a potem zaczęły się takie straszne nudy, że gdybym wiedziała co mnie czeka, to bym się zastanowiła, czy warto się tak wypieprzać. Najpierw opatrywał mnie jeden ratownik, potem zawołali następnych, którzy też mnie opatrywali (a ja zdążyłam już zamarznąć w mokrym stroju na wietrze), potem przez godzinę próbowali wydrukować jakąś kartę medyczną (wtedy już umarłam z głodu), z którą miałam pojechać do następnych ratowników – do szpitala na szycie kolana. Od dzwonu do pojawienia się w szpitalu w Iławie minęły bite dwie godziny. Inna sprawa, że ratownicy z karetki chcieli przeprowadzić nasz samochód przez trasę wyścigu, żebyśmy mogli się przedostać z parkingu do miasta, a to oznaczało ryzyko zatrzymywania zawodniczek na trasie. Stanowczo przeciwko temu zaprotestowałam i kazałam im czekać, aż dziewczyny zbiegną do mety.

Tutaj krótka dygresja. Nie wiem jak to się dzieje, że wśród ratowników medycznych są sami życiowi przypałowcy. Najpierw w karetce musiałam słuchać heheszków typu „to może jeszcze ekg pani zrobimy, przy okazji rozbierzemy, huehuehuehue”, potem w szpitalu wysokojakościowych żartów „ten rtg to może nie kolana a klatki zróbmy, a kolega pójdzie z panią, bo się chyba zakochał”. Seeeeerio? No żeby jeszcze tam było co oglądać!

Koniec dygresji. W szpitalu chirurg wyciągał mi z rany drobniutkie igiełki karbonu (?!) i „o, kamyk!”. Adrenalina wciąż działała znieczulająco, więc zamiast zwymiotować z obrzydzenia, zrobiłam sobie całą fotorelację z procedury cerowania (jak debiutować, to od razu mocno – siedem szwów!). Fotka z tego etapu jest hardkorem, ale jeśli wpiszecie sobie w Google „artroskopia” to zobaczycie, jak to mniej więcej wyglądało. Fotka po zszyciu jest tutaj, ale ostrzegam, że trochę tak, jakbym się biła z rekinami.
Dostałam jeszcze zastrzyk przeciwko tężcowi, zrobili mi rentgen i odesłali do domu. To znaczy z powrotem na teren zawodów, bo przecież trzeba było jeszcze pokibicować chłopakom.

Cały czas mam w głowie sporo pytań: jak ja to zrobiłam, że w jedną nogę wbiłam sobie w kolano szprychę (najprawdopodobniej to była ona), jednocześnie wbijając sobie w drugą nogę zębatkę? Jakim cudem obiłam sobie jednocześnie dwa przedramiona, prawy obojczyk, lewy bark i lewe biodro?! No czy ktoś mi wyjaśni, jak to jest fizycznie możliwe?!
A przede wszystkim: kiedy mi zejdzie ta cholerna opuchlizna, żebym mogła pójść biegać i na rower?!

5 Comments »

  1. Faktycznie duża ta dziura w kolanie. Ja zrobiłem sobie podobną jak jako dziecko próbowałem wejść po piorunochronie na wieżowiec i przedwcześnie spadłem. Do dzisiaj wszyscy pytają z zainteresowaniem skąd ta blizna. Życzę szybkiego powrotu do zdrowia! 🙂

Dodaj komentarz